PL|EN|AM|AZ|GE|RU
Strona startowa arrow Artykuły arrow Tatarstan

Tatarstan

Drukuj

27.08.2008

Image autor: Daniel Kalder

To mój kumpel Joe zaproponował, żeby wybrać się do Kazania, stolicy Tatarstanu. Strasznie go fascynowały Złota Orda, Wielki Tatarstan i tym podobne historie.

Mnie nie bardzo. Przeczytałem książkę o Mongołach jakiegoś oksfordzkiego nudziarza i na dobre odechciało mi się dalszych kontaktów z Tatarami. Ale Joe zamierzał latem podbić Mongolię i Azję Centralną, może nawet brał pod uwagę wyprawę Jedwabnym Szlakiem, więc postanowił najpierw trochę potrenować. Sęk w tym, że po rosyjsku porozumiewał się, używając czterech słów na krzyż, niepokoił go zatem problem zakupu biletów, wyrabiania wiz itp. Sądził, że wypad do Kazania to będzie dobry poligon doświadczalny. Zgodziłem się mu towarzyszyć. Nigdy nie odmawiam, kiedy ktoś proponuje wyprawę w nieznane. I kiedy to on ma się zająć rozwiązywaniem problemów.

2.

Joe rzucił pomysł w lutym w Moskwie. Kilka miesięcy czekaliśmy na lepszą pogodę. Kiedy w końcu słońce znów pojawiło się na niebie, wybraliśmy się po bilety. Był gorący majowy dzień, a my od pół godziny staliśmy w kolejce na Dworcu Kazańskim, stłoczeni pomiędzy zapoconymi konikami i wszelakiej maści podejrzanymi typami. Co prawda Joe zapewniał, że mam tylko asystować, a on wszystkim się zajmie, ale byłem pewien, że sobie nie poradzi, i chciałem pomóc w konwersacji. A mój rosyjski doskonały nie był, wiedziałem też, że rosyjskie kasjerki nie grzeszą sympatią do obcokrajowców słabo władających ich ojczystym językiem – stąd te nerwy.

W końcu dotarliśmy do okienka. Joe zniknął. Rozejrzałem się wokoło. Stał tuż za mną. – No, dawaj – rzucił. – Pogadaj z nią. – Za szybą wiedźma o urodzie buldoga poganiała, żebym się na coś zdecydował albo pozwolił innym kupić bilet. Wokół jej głowy kłębiły się włosy w odcieniu hawajskiej zorzy, a usta odświeżyła przed chwilą chyba krwią prosięcia.
– No i co w końcu? – warknęła.
Wymamrotałem coś o dwóch biletach do Kazania.
– Na kiedy?
– Na jutro?
– Nie ma takiej możliwości.
– Dlaczego?
– Nie mam tu żadnych informacji, co gdzie jutro jedzie.
– Nie bardzo rozumiem…?
– Nie mam tu żadnych informacji o pociągach, które jadą jutro do Kazania.
– Ale to w tej kasie sprzedajecie bilety do Kazania?
– Zgadza się.
– A kiedy pani będzie coś wiedziała?
– Jutro. Trzeba przyjść jutro.
– Ale jutro to ja chcę jechać…
– Wiem. Trzeba przyjść jutro. NASTĘPNY!
Nie odpowiedziała już na żadne pytanie. Moje miejsce przy kasie zajął jakiś facet z Armenii.
– Sądziłem, że to ty masz kupować bilety? – spytałem Joego.
– Ee tam, pomyślałem, że ty się wszystkim zajmiesz. Nieważne. Zajdziemy do mnie? Zrobię ci herbatkę. Obejrzymy film na wideo. Mam nagrane, jak facetka robi laskę karłowi.

Kilka tygodni później pojawił się Yoshi, japoński kumpel Joego. Przyjechał z Gruzji. Joe twierdził, że Yoshi to zawodowy fotograf, który kilka lat temu postanowił wyjechać z Japonii, powłóczyć się po świecie i zrobić trochę zdjęć. Zwiedził cały glob, zszedł na dno piekieł: Kambodża, Birma, Iran, Turkmenistan. Prawdziwy obywatel świata. Był najprawdopodobniej mocno rąbnięty, ale się z tym nie obnosił.

Joe przekonał Yoshiego, żeby pojechał z nami do Kazania. Tym razem, kiedy wybraliśmy się po bilety, to ja zniknąłem za plecami naszego japońskiego kolegi i zrzuciłem na niego trud negocjacji. Yoshi znał może z pięć słów po rosyjsku, ale po chwili mieliśmy bilety do Kazania.

3.

Tatarstan to był pomysł Joego, ale szybko złapałem bakcyla. Mniej mnie interesowały związki Tatarstanu z mongolską Wielką Ordą, a bardziej fakt, że to jakiś dziwny, nieznany obszar Europy. Jest tam prezydent i parlament, a tak naprawdę, to nic o tym miejscu nie wiemy. To kraj, naród czy państwo? Różni się czymś od Rosji?
Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, jak wieloetniczna jest Rosja. Jak żaden inny kraj europejski. Żyje tu siedemdziesiąt jeden narodów, z czego dwadzieścia jeden we własnych quasi-autonomicznych „republikach” zrzeszonych w ramach Federacji Rosyjskiej. Na pierwszy rzut oka przypomina to Wielką Brytanię: cztery kraje – Anglia, Szkocja, Irlandia Północna i Walia – zrzeszone w ramach unii politycznej. Ale w przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii dzisiejsze republiki rosyjskie zostały utworzone w latach 1918–1920 po zagarnięciu ich terenów przez bolszewików. Wcześniej były po prostu prowincjami Imperium Rosyjskiego.

Lenin wymyślił republiki, żeby udobruchać jakoś regionalne, narodowe elity i zapobiec ich gwałtownemu oderwaniu się od upadającego caratu. Nie oznacza to, że podzielał ich marzenia o samostanowieniu. Musiał po prostu jak najszybciej szukać sprzymierzeńców, równocześnie dbając o utrzymanie spójności terytorialnej niezmierzonych obszarów Rosji. Temu właśnie miały służyć „ojczyzny” wykrawane dla co ważniejszych nierosyjskich narodów, które zyskiwały większą niż inne autonomię w kwestiach polityki lokalnej.

Ale w większości tych republik Rosjanie dominowali liczebnie nad rdzenną ludnością, nad narodami, które tym republikom nadały nazwy. Na południu Rosji rdzenni Adygejczycy stanowią niecałe trzydzieści procent ludności Republiki Adygei. Tatarstan, w którym Tatarzy stanowią czterdzieści osiem procent ludności, a Rosjanie zaledwie czterdzieści trzy procent, to wyjątek. Ale i tak tylko dwadzieścia trzy procent Tatarów żyje w swej oficjalnej ojczyźnie. Pozostali mieszkają rozrzuceni po różnych zakątkach dawnego Związku.



 
Strona jest współfinansowana w ramach programu polskiej pomocy zagranicznej
Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP w 2007 r.

© 2010 Stowarzyszenie Dom Kaukaski w Polsce
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.
arch